czyli jak wyrabiałem średnią za 50 Polaków. Książki, które czytałem w 2005 roku.






Firefox. Internet bez pop-upow!





Blog > Komentarze do wpisu
#44

Świetna lektura na popołudniowe jesienne wieczory (góra dwa, niestety). Z żalem, ale po prostu biorąc pod uwagę "czytalność" i długość książki, raczej nie należy się spodziewać, że przeciętny czytelnik poświęci jej więcej czasu. To pewnie zła wiadomość. Dobra jest taka, że "Karabiska krucjata. Płonący Union Jack" to pierwsza część dylogii. I jeżeli kontynuacją będzie równie dowcipna, należy oczekiwać kolejnych kilku godzin bezpretensjonalnej rozrywki.


Jakby na to nie spojrzeć, to od dziecka tęskniłem do lektur, w których akcja toczyła się gdzieś na końcu świata, na pokładach żaglowców i zapomnianych wyspach, wśród łotrów i szlachetnych idealistów. Wszystko zaczęło się od "Kapitana Blooda" Rafaela Sabatiniego i trylogii Janusza Meisnera o Janie Martenie i chyba już na zawsze te książki będą wyznaczały moje oczekiwania.

Nie inaczej było tym razem, bo chociaż czytając zapowiedzi na stronie Runy doskonale wiedziałem, że poważną lekturą książki nazwać nie będzie można, to jednak cały czas miałem przed oczami "Kapitana Blooda". Z drugiej strony, blurb nasuwał mi myśl, że książka prezentować będzie humor do tego stopnia absurdalny, jak w opowiadaniu tego samego autora opublikowanym jakiś czas temu w Fahrenheicie. Okazało się, że jest inaczej.

Realia historyczne są w wielu kwestiach, jak wyjaśnia zresztą sam autor, umowne. I dobrze, bo istotą jest zabawna historia załogi statku korsarskiego "Magdalena". Jego cała załoga, poczynając od kapitana a kończąc na najmniej znaczącym majtku to wyjątkowa menażeria istot ludzkich. Billy O'Connor to niepoprawny romantyk gotów zapomnieć o całym bożym świecie jeśli tylko oczaruje go jakaś kobieta, dowódca okrętowej piechoty morskiej Edward Love to klasyczny angielski dżentelman, znienawidzony kuk Butcher to prawdziwy rzeźnik, główny artylerzysta Holender Zeeman to wariat-piroman mający wyjątkowego hopla na punkcie wybuchów.... Wymieniać możnaby w nieskończoność, a każdy przypadek członka załogi jest tak samo beznadziejny rozpatrując indywidualnie, jak cała załoga jako zbiorowość. Z jednej strony sami wariaci, z drugiej geniusze w swym fachu, a zebrani do kupy ciągle mają pecha.

Załoga nieustannie wpada z kłopotów mniejszych w coraz to większe i zawsze dziwnym trafem wychodzi z opresji. Oczywiście to przyjęta konwencja i jako taka sprawdza się bardzo dobrze. Mortka pisze sprawnie, więc i nieźle czyta się książkę. Jakkolwiek na początku jakoś ciężko było mi się do opowieści przekonać, to w miarę upływu czasu szło coraz lepiej. Coraz więcej też napotykałem odniesień do różnych lektur, czy też filmów, parafrazowania poetów, a czasem i postaci historycznych (jak np. parodia mowy Churchilla)*. Na pierwszy rzut oka widać, że autor pisząc książkę, a wcześniej rozgrywając sesję RPG bawił się wyśmienicie i to jest znakomita rzecz, bo przenosi się to na strony powieści i na satysfakcję czytelnika.

Wiadomo, że nie jest to Wielka Literatura, ale też do takiej nie aspiruje. Ma być świetną frajdą i taką rolę wypełnia znakomicie. A przynajmniej ja bawiłem się przednio, zatem czekam na ciąg dalszy.


* Zastanawiam się, czy takie nawiązania są specyficzne dla polskich autorów, czy też raczej zdolności polskich czytelników w zakresie ich wykrycia są ponadprzeciętne. Jakoś nie widzę, żeby w innych krajach taki trend występował.


Ocena: 8/10

Status książki: Własna

Strony do odwiedzenia:

Oficjalna strona autora


sobota, 08 października 2005, vanin
Komentarze
2005/10/11 18:57:18
Z przyjemnością czytam tego bloga:)
Pozdrawiam