czyli jak wyrabiałem średnią za 50 Polaków. Książki, które czytałem w 2005 roku.






Firefox. Internet bez pop-upow!





sobota, 31 grudnia 2005
Koniec
I tym sposobem rok się skończył, a ja wykonałem założony plan, czyli przeczytałem pięćdziesiąt książek. Jak łatwo zauważyć, ostateczna liczba opisanych pozycji sięgnęła pięćdziesięciu ośmiu, jednak faktycznie jest ich o trzy więcej. Tych trzech pozostałych nie zdążyłem opisać :)

To koniec mojego bloga w tym serwisie, ale jeżeli kogoś interesuje co czytam, od razu zapraszam pod
ten adres, gdyż to tam mieści się mój nowy blog czytelniczy. Zachęcam też wszystkich linkujących do "starego" bloga, do zmiany i kierowania pod nową lokalizację. Obiecuję, że będę się starał pisać o wrażeniach z przeczytanych książek regularnie. Już teraz wiem, że system Wordpress pozwala na niesamowitą elastyczność, a liczba funkcjonalnych wtyczek przyprawia o zawrót głowy. W porównaniu ze sporymi ograniczeniami darmowego Bloxa, również darmowy Wordpress to jak Maybach wśród systemów blogowych ;)

A tymczasem wszystkim regularnym i przypadkowym Czytelnikom życzę wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

#58

Na dobrą sprawę ten tekst mógłby być powtórzeniem poprzedniej notki lub kompilacją dwóch ostatnich, no bo naprawdę ciężko mi wyskrobać coś nowego o kolejnej książce z "mikołajkowej" serii.

"Joachim ma kłopoty" to przecież kolejna porcja opowiadań z małym urwisem i jego kolegami w rolach głównych. Przy lekturze można oczywiście boki zrywać i przypominać sobie czasy beztroskich zabaw w dzieciństwie kiedy świat był nieskomplikowany, cios pięścią w nos kolegi najłatwiejszym rozwiązaniem problemu, a dorośli stanowili jedną wielką zagadkę.

Obserwacje Goscinnego dotyczące zachowania dzieci i dorosłych są fantastyczne, a cudowne rysunki Sempego nieodmiennie dopełniają całości. Obraz .... chaosu ;) jaki się z tego wyłania jest jak zawsze uroczy. No i właśnie w tym tkwi nieprzemijająca siła tych historyjek - można do nich wracać zawsze i za każdym razem będą śmieszyły, choćby się znało teksty opowiadań na pamięć.


Ocena: 10/10


Status książki: Własna

Strony do odwiedzenia:

Moja notka o "Nowych przygodach Mikołajka"

Moja notka o "Wakacjach Mikołajka"

środa, 28 grudnia 2005
#57

Krótko, bo co mogę więcej napisać? Że historyjki z Mikołajkiem uwielbiam? Chyba ze świecą szukać osoby, która po przeczytaniu nie miałaby takiej opinii, a współczuć tym, którzy nigdy Mikołajka nie poznali.

Po przeczytaniu "Nowych przygód Mikołajka" wygrzebałem w domu stare wydanie "Wakacji Mikołajka" z 1988 roku. Lektury wystarczyło w sam raz na jedną kąpiel, za to zabawy dostarczyło wiele. Bo jak tu Mikołajka nie lubić? Mimo tego że brak w książce starych znajomych małego nicponia, czyli reszty bandy Mścicieli, to w ich miejsce dostajemy wakacyjnych kolegów, którzy choć noszą inne imiona, prezentują podobne, jeśli nie takie same typy osobowości, a zachowują się wcale nie lepiej.

I młodzi, i dorośli są tacy sami jak w innych książkach cyklu, za to odnosiłem wrażenie, że kreska Sempego była jakaś bardziej wyrazista. Nie to żeby w pozostałych książkach źle się prezentowała, co to to nie, ale jakby bardziej wyraziście prezentowała reakcje dorosłych na spotkania z dziećmi. A zwłaszcza regularne przerażenie w oczach ilustrowane niezwykłą "wypukłością" gałek ocznych, czy rwanie sobie włosów z głowy, itp.

Oczywiście moja ocena książki w żadnym wypadku nie pretenduje do miana obiektywnej, ale nic na to nie poradzę.


Ocena: 10/10


Status książki: Własna

Strony do odwiedzenia:

Moja notka o "Nowych przygodach Mikołajka"

poniedziałek, 26 grudnia 2005
#56

Hmmm drugiej tak nieobiektywnej oceny książki ze świecą szukać. Jeszcze zanim się ukazała wiedziałem, że dla mnie będzie miała dziesięć punktów na dziesięć możliwych, ale to po prostu klasa sama w sobie. Mowa oczywiście o "Nowych przygodach Mikołajka".

Jeden z kultowych bohaterów mojego dzieciństwa powraca w dawce, która choć nigdy nie będzie wystarczająca, jest odpowiednia na kilka wieczorów fenomenalnej zabawy. Duet Goscinny-Sempe to chyba jedyna rzecz, która Francji wyszła dobrze. Historyjek generowanych przez tę parę nigdy nie mam dość, bo co jeden kapitalnie opisze, to drugi równie wspaniale zilustruje. Po prostu poezja.

Perypetie Mikołajka mają to do siebie, że każdy znajdzie w nich cos dla siebie. Dzieci pośmieją się z doskonale im znanych problemów małego urwisa, a dorośli albo przypomną sobie jak zachowywali się w dzieciństwie, albo dojrzą czym stali się obecnie. Z jednej strony to kapitalny obraz dzieciństwa jednakowego chyba w każdym kraju, a drugiej strony całkiem niezła krytyka zakłamania drobnomieszczańskiego.

Osiemdziesiąt historyjek wydanych w "Nowych przygodach Mikołajka" to chyba niemal tyle co dane nam było przeczytać do tej pory i pozostaje tylko żałować, że tak mało, a jednocześnie liczyć na odnalezienie kolejnych nieznanych. Bo chociaż prawie zawsze wiadomo z góry, jak kolejna przygoda się zakończy, to i tak będę cierpiał na niekontrolowane wybuchy śmiechu w trakcie i po zakończeniu lektury.

Choć książka wydana jest znakomicie, w twardej, szytej oprawie z zakładką, to Znak powinien jednak dostać solidne bęcki za redakcyjną wpadkę. Kilkakrotnie ewidentnie ktoś się nie przyłożył układając kolejność opowiadań, bo tak najpierw Mikołajek rozmawia z Alcestem przez telefon, a dopiero później Alcestowi zakładają instalację telefoniczną, na początku książki Mikołaj wspomina misia ogolonego maszynką ojca, a dopiero później czytamy o tym jak do tego dochodzi, czy wreszcie mały urwis opowiada o swojej sąsiadce Jadwini, a dopiero ileśtam opowiadań później Jadwinia z rodzicami wprowadzają się do sąsiedniego domu. Ale tak czy inaczej, taka wpadka nie przesłania wyjątkowej frajdy z czytania, bo Mikołajek i chłopaki dalej pozostają niezmienni.

Ostatnimi laty namnożyło się w kinach filmów pozornie dla dzieci, na które jednak dorośli mogą wybierać się bez większego skrępowania usprawiedliwiając się, że przecież idą razem z dziećmi... Nie inaczej jest w Mikołakiem i jego kumplami. Dorośli szukając wymówek sięgają po książkę.... no bo co w końcu kurczę blade!


Ocena: 10/10


Status książki: Własna

wtorek, 20 grudnia 2005
#55

Po skończeniu "Labiryntu odbić" Łukianienki płynnie przeszedłem do lektury drugiej części dylogii, czyli "Fałszywych luster". Miałem lekkie obawy co do możliwości stworzenia dobrej kontynuacji (zwłaszcza, że "Nastaje świt", zakończenie dylogii rozpoczętej "Zimnymi brzegami" mocno mnie rozczarował, a przecież autor ten sam), ale według mnie Łukianienko pokazał, że potrafi pisać i ma o czym pisać.

Obawy były tym większe, że kontynuacja powstała kilka lat po napisaniu pierwszej części, a chyba w większości przypadków im dłużej od pierwszego utworu, tym trudniej stworzyć jego dobry ciąg dalszy. Cóż, gdyby taka reguła istniała, nie da się jej w moim mniemaniu zastosować do tej konkretnej miniserii.

Jakkolwiek świat był już wykreowany, to Łukianienko poddał go kolejnym przeobrażeniom. Głębia dwa lata po wydarzeniach z "Labiryntu odbić", to już inne miejsce. Nie tylko technologicznie, bo przecież dostępność i komputerów, i łączy znacząco się polepszyła, ale także ze względu na przemiany "społeczne". Po pierwsze, nurkowie, wirtualni "woprowcy" odeszli. Tak po prostu utracili swoje zdolności. Część z nich przyjęła to spokojnie, w miarę płynnie zmieniając zawód, część, w tym główny bohater Leonid, wprost przeciwnie. Lonia wypiera ten fakt ze świadomości i coraz bardziej pogrąża się w deep psychozie, chorobie w której zacierają się granice między rzeczywistością, a Głębią. Po drugie, przemiany społeczne oznaczają nie tylko większą liczbę bywalców Głębi, ale także nasilające się przenoszenie nawet najgorszych ludzkich instynktów, do niegdyś na poły idyllicznego świata. I tak to powstaje broń trzeciego pokolenia, zdolna unicestwić nie tylko oprogramowanie (pierwsze pokolenie), nie tylko sprzęt (drugie pokolenie), ale zabić człowieka z wirtualnej rzeczywistości. Ani świat, ani Głębia nie będą już takie same odkąd Lonia rozpocznie śledztwo w sprawie zabójstwa.

Łukianienko umiejętnie zwodzi, odwraca uwagę i do samego końca trzyma w napięciu. No a zakończenie.... mnie przynajmniej tajemnica zaskoczyła. "Fałszywe lustra" to nie jest, mimo kolejnej wyprawy do świata gry, prosta fabularyzacja jakieś komputerowej nawalanki. Bardzo dobrze autor wplótł w fabułę pytania o przyszłość wirtualnej rzeczywistości, funkcjonowanie w niej ludzi i zadał pytanie o możliwość stworzenia sztucznej inteligencji wraz z wypływającymi z tego konsekwencjami, nie udzielając jednocześnie odpowiedzi. Choć tej akurat podać nie można. Spotkałem się z opiniami, że Łukianienko gorzej wypada w drugich częściach dylogii - na trzy przeczytane przeze mnie, dwie co najmniej trzymają poziom tomu pierwszego, zatem opinia według mnie nieuzasadniona. A książkę polecam. Fanom fantastyki oczywiście.


Ocena: 8/10


Status książki: Własna

Strony do odwiedzenia:

Moja notka o "Labiryncie odbić" cz. 1. dylogii

Moja notka o "Linii marzeń"

Moja notka o "Imperatorach iluzji"


środa, 14 grudnia 2005
#54

Jeżeli dobrze liczę, to jest to szósta książka Łukianienki jaką przeczytałem, a zarazem otwarcie mojej trzeciej dylogii tegoż autora (w zasadzie czwartej, bo jak do tej pory nie przeczytałem kontynuacji "Nocnego patrolu"). A co więcej chyba się nie zanosi na to, żebym prędko zakończył przygodę z jego książkami, bo po pierwsze jest ich całkiem sporo, a co chwilę ukazują się następne, a po drugie, ja po prostu lubię jego styl pisania.


"Labirynt odbić" to cyberpunkowa powieść o jakżeby inaczej, wirtualnej rzeczywistości. I już na samym początku rzuca się w oczy różnica w stosunku do innych powieści z tego gatunku (przynajmniej biorąc pod uwagę te, które czytałem). Wymyślne gadżety w zasadzie nie istnieją. W świecie powieści nie dość, że do stworzenia rzeczywistości wirtualnej doszło w zasadzie przez przypadek, to jeszcze można się w niej zanurzyć korzystając z tak archaicznego sprzętu jak proste oprogramowanie, komputer z procesorem Pentium (albo nawet 386), no i łącząc się z Siecią przez modem, a jakby tego mało z zainstalowanym Windows Home (haha). No niby cyberpunk kojarzy się z całą masą gadżetów, a jednak tutaj ich brak nie przeszkadza. Łukianienko w bardzo przekonujący sposób nie dość, że uwolnił się od tak sformułowanych wymogów gatunku (techniczne bogactwo wspomnianych już gadżetów), to jeszcze robi to w hmm... uwodzicielski sposób.

Koncepcja powieści opiera się na założeniu, że każdy może wejść do Głębi - wirtualnej rzeczywistości, ale samodzielnie wyjść jest już trudniej. Dlatego zwykli ludzie potrzebują swego rodzaju budzika, timera, którego zadaniem jest, po ustawieniu odpowiedniego czasu, wyprowadzenie takiego osobnika z sieci. Niektórym zdarza się zostać w sieci dłużej niż może wytrzymać organizm i wtedy potrzeba pomocy tzw. nurka, człowieka odpornego na sieć, mogącego wynurzać się na zawołanie. Leonid, główny bohater książki jest jednym z nich. Na dodatek na tyle dobrym, by dostać wyjątkowe zlecenie od tajemniczego mocodawcy oferującego w ramach wynagrodzenia legendarny Medal Bezkarności, zapewniający jego właścicielowi absolutną swobodę poruszania się po Głębi i robienia czego mu się żywnie podoba. I tu zaczyna się właściwa jazda...

Łukianienko ma jakąś niesamowitą łatwość pisania i nie dość, że opisuje ciekawe historie, to jeszcze robi to gładko, wciągająco, tak że nie nudzę się i pochłaniam każdą stronę. Nie inaczej jest i tym razem. Do tego dochodzi ciekawy bohater, świetnie nakreślony wirtualny świat, spora doza humoru. Jednym słowem, idealna mieszanka czytelnicza, w sam raz na kilka wieczorów satyskacjonującej lektury. Ktoś kto zmarnował godziny przesiadując nad komputerową rąbanką "Doom" będzie miał sporo uciechy czytając książkę ;) Ja trafiłem na jeden fragment, który mnie szczególnie rozbawił. Otóż w wirtualnym mieście Deeptown, Łukianienko umieścił kwartały dyskusyjne, w których można porozmawiać na rozmaite tematy, a w nich: "Off topic! - Leniwie ale z zimną złością mówi moderator i podrzuca broń. Obecni cichną, rozkoszując się widowiskiem. Lufa podskakuje i w stronę handlowca leci lśniący purpurowy przedmiot w kształcie krzyża. Mężczyzna próbuje zrobić unik, ale bez skutku. Moderatorzy nigdy nie chybiają. Na koszuli handlowca rozkwita ognisty krzyż, albo, jak przyjęto mówić, "plus". Trzy takie plusy i klub Dowcipy będzie dla niego zamknięty na zawsze." Robię się coraz większym fanem Siergieja Łukianienki.


Ocena: 8/10


Status książki: Własna

Strony do odwiedzenia:

Moja notka o "Linii marzeń" autora

Moja notka o "Imperatorach iluzji" autora


wtorek, 06 grudnia 2005
#53

Stefan Kisielewski jest dla mnie otoczony nimbem złośliwego bezkompromisowca. Kiedy umarł miałem trzynaście lat i jego nazwisko nie mówiło mi nic, ale na półce u rodziców stało już wtedy "Abecadło Kisiela". Teraz po piętnastu latach odgrzebałem go i przez kilka ostatnich dni podczytywałem.

Trochę odniosłem wrażenie, że z dużej chmury mały deszcz, bo oczekiwałem chyba czegoś bardziej ostrego. "Abecadło..." jest według mnie mocno stemperowane, a najczęściej powtarzającym się słowem jest "ciekawy" we wszelkich odmianach. To krótkie notki o ponad dwustu pięćdziesięciu osobach, z którymi Kisiel się zetknął lub przynajmniej miał na ich temat coś do powiedzenia. A w wielu przypadkach to najważniejsze osoby w powojennej historii Polski. I choć momentami jego opinie są dosyć interesujące, to nie są przesadnie złośliwe, ani też nie są bardzo humorystyczne, a i słynnych kisielowych anegdot jakoś ciężko się w "Abecadle..." doszukać. W poszukiwaniu "mocniejszych" wrażeń, trzeba będzie kiedyś sięgnąc po "Dzienniki" tegoż autora.

Denerwowało mnie to, że jest to sądząc po stylu wypowiedzi, chyba dokładny zapis słów Kisiela. A szkoda, bo jednak pewna redakcja i ingerencja by się przydała. Tekst wygładzony byłby na pewno nie gorszy, a lepiej by się go odbierało.


Ocena: 5/10


Status książki: Pożyczona

poniedziałek, 05 grudnia 2005
#52

Jestem na tak i to zdecydowanie na TAK. Skuszony entuzjastyczną recenzją "Warunku" Eustachego Rylskiego autorstwa Krzysztofa Masłonia w "Rzeczpospolitej", kupiłem, przeczytałem i uważam książkę za wspaniałą.


Nie da się ukryć, że nie potrafię rozebrać utworu na części tak jak krytyk, ale lektura "Warunku" sprawiła mi niekłamaną przyjemność. Przyjemność obcowania z piękną polszczyzną, wspaniałymi zestawienia słownymi, cudowną atmosferą książki i kapitalnie skonstruowanymi postaciami.

Zawiedzie się, kto liczy na kolejny opis historii podbojów Napoleona, bo choć akcja powieści toczy się w czasie wyprawy na Moskwę i tragicznego odwrotu, to tak naprawdę historia przez duże "H" toczy się gdzieś w tle. Istotą powieści są losy dwóch krańcowo odmiennych od siebie ludzi, zmuszonych wydarzeniami nad którymi utracili kontrolę, do powrotu do domu. Trudno o dwóch bardziej oddalonych od siebie osobników - porucznik Semen Hoszowski, wykształcony syn popa, matematyk i niemalże skrajny racjonalista, jak rzadko kto trzeźwo patrzący na idiotyczną wyprawę Bonapartego, a przeciw niemu niemalże kwintesencja polskiego romantyka i do tego szlachcic, kapitan, hrabia Andrzej Rangułt, najdzielniejszy z dzielnych, żołnierz gotowy poświęcić honor i życie w imię wojny. O Polskę, Bonapartego, sławę żołnierską, honor sam w sobie i zwykłą wojaczkę.

W całym tym szaleństwie obaj jednakowo samotni, choć z innych powodów. Racjonalista Hoszowski z własnej woli, a Rangułt genetycznie obciążony pragnieniem odwrócenia wyimaginowanej klątwy na rodzie, pchnięty ku wojaczce przez własnego rodzica. Obaj pełni cierpienia, pełni rezygnacji, wracając przez pół Rosji uczą się nie tylko siebie nawzajem, ale także odnajdują sens w swoim życiu, nawet jeśli dla jednego oznacza to kres, a dla drugiego całkowity zwrot.

Na pewno to książka o wartościach i to tych największych, jak Polska. O poszukiwaniu miłosci, zrozumienia, samego siebie i celu we własnym życiu, wreszcie honoru przekraczającego granice stanu społecznego. Najlepsze jest jednak to, że nic nie jest narzucone, nachalne, wszystko przychodzi naturalnie i jest oczywistą konsekwencją opowieści i ewolucji bohaterów. Nawet taki cynik jak ja nie może przejść obojętny.

Praktycznie nie znam współczesnej prozy polskiej, a "Warunek" to mój pierwszy kontakt nie tylko z twórczością Rylskiego, ale jeśli dobrze kojarzę w ogóle z nazwiskiem autora, ale wiem już, że muszę sięgnąć po inne jego książki. Wiem też, że nie poświęciłem powieści wystarczającej uwagi czytając z doskoku, to dziesięć minut w metrze, to piętnaście w tramwaju, trochę po powrocie z pracy, i tak przez kilka dni. Przy kolejnym czytaniu, a takie z pewnością będzie, zamierzam zanurzyć się w "Warunku" totalnie. Może dopiero wtedy w pełni będę w stanie docenić tę fenomenalną powieść.


Ocena: 9/10


Status książki: Własna

wtorek, 29 listopada 2005
#51

"Według łotra" Snerga-Wiśniewskiego... sam nie wiem.

Z jednej strony wydawać by się mogło, że kapitalny pomysł. Oto główny bohater imieniem Carlos odkrywa pewnego dnia, a może raczej pewnego dnia się "budzi" i dostrzega, że świat wokół niego jest inny niż do tej pory myślał. Znakomitą większość "ludzi" stanowią manekiny; budynki, sprzęty to tylko dekoracje z tektury czy gipsu. Próby komunikowania się z manekinami do niczego nie prowadzą, a wręcz przeciwnie, nagle wpędzają Carlosa w coraz większe kłopoty, jakby ktoś z góry kierował jego losem. Z czasem dochodzi do wniosku, że jest tylko jednym z wielu aktorów, którzy mają do odegrania swoją maleńską rolę w większym przedstawieniu.

Tak jak napisałem, pomysł świetny. Zresztą po całej gorączce matrixowej, pojawiły się oskarżenia o to, że bracia Wachowscy zerżnęli koncepcję świata od Wiśniewskiego-Snerga, ale między bogiem a prawdą, oprócz Snerga, musieli też "okraść" z pomysłów pewnie z pięćdziesięciu innych autorów, w tym i Lema. Koncepcja nadająca się znakomicie do filmu, ale mimo wszystko chyba jednak trudna do przeniesienia na ekran. O ile sama książka jest mniej skomplikowana od "Robota" tego samego autora, to odpowiedź na pytanie o czym jest lektura nie jest łatwe. Dla mnie pewnie o wyobcowaniu w świecie i poszukiwaniu (beznadziejnym) swojego miejsca, bezcelowej walce z jakąś nieokreśloną siłą przestawiającą ludzi jak bierki na szachownicy. Przypuszczam, że taka była intencja autora, ale pewnie przynajmniej kilka innych pomysłów każdy czytelnik dorzuci od siebie.

Tyle, że sam pomysł nie ratuje książki, a ta jest według mnie przeciętna. Być może gdyby autor nie zaczął w dalszej części tak nachalnie przepisywać Nowego Testamentu, byłoby lepiej. A tak, wyszło dla mnie jakoś tak ... prostacko. Na domiar złego, w pewnym momencie lektura zaczęła mnie coraz bardziej irytować, a końcówkę przeczytałem już z niesmakiem.

Ocena: 4/10

Status książki: Własna

Strony do odwiedzenia:

Moja notka o "Robocie" Wiśniewskiego-Snerga"

niedziela, 27 listopada 2005
#50

"Przypomnimy to panu hurtowo" to chronologicznie drugi, a trzeci przeczytany przeze mnie tom opowiadań zebranych Dicka. I jak na razie najsłabszy.

Po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że to słabszy tomik od "Krótkiego szczęśliwego żywota brązowego Oxforda", będącego przecież zbiorem pierwszych opowiadań Dicka. Jednocześnie to druga, obok "Według łotra" Wiśniewskiego-Snerga książka, o której nie bardzo wiem co napisać. No może poza tym, że jestem jednak zawiedziony.

Tematyka opowiadań jest praktycznie rzecz biorąc identyczna jak w tomie pierwszym i trzecim, ale nie były mnie w stanie zaskoczyć. Choć z drugiej strony jednak na swój sposób tak było, tyle że zaskakująco szybko mogłem się domyślić zakończenia opowiadań. W połączeniu z niekoniecznie dobrymi pomysłami i przeciętnym wykonaniem przyniosło to zawód. Co prawda potrafię wskazać kilka tekstów, które jednak mi się podobały, ale na pewno nie rzuciły mnie na kolana. Może jestem już po prostu znudzony tematami podejmowanymi przez Dicka w opowiadaniach?

Na dwadzieścia sześć tekstów, gotów jestem docenić zaledwie trzy lub cztery. Po pierwsze "Stwórz własny świat", za bardzo luźne skojarzenie z "Gniazdem światów" Huberatha. "Oszust" w wersji oryginalnej może nie broni się tak jak film, ale jednak zaskakuje, choć przypuszczam że efekt byłby o wiele większy, gdybym nie obejrzał wcześniej filmu. Jednocześnie chyba powinienem zmienić swoje zdanie o wersji filmowej tego opowiadania, bo choć miała sporo wad, to summa summarum nie była zła. Do tych dwóch dorzuciłbym jeszcze jeden "filmowy" tekst zbioru, czyli tytułowy "Przypomnimy to panu hurtowo", rozwinięte twórczo w pełen akcji film sensacyjny o zmienionej wymowie i gorzkich "Zwiadowców".

Jak już napisałem, jestem zawiedziony, choć trzeba przyznać, że łatwość z jaką Dick pisał opowiadania jest zadziwiająca. Pomysłów miał bez liku i raczej nie zazdroszczę wszystkim pisarzom po nim, bo rzeczywiście łatwo jest powtórzyć już raz przez niego wyeksploatowane koncepcje. A na pewno bardzo się do nich zbliżyć.


Ocena: 5/10


Status książki:
Własna

Strony do odwiedzenia:

Moja notka o "Krótkim szczęśliwym żywocie brązowego Oxforda"

Moja notka o "Czystej grze" cz.3

Moja notka o "Czystej grze" cz.2

Moja notka o "Czystej grze" cz.1

piątek, 18 listopada 2005
#49

Mnóstwo zamieszania kilka lat temu narobił Richard Morgan przedstawiając "Modyfikowany węgiel", pierwszą część przygód o Takeshim Kovacsu, detektywie, najemniku, kryminaliście czy też żołnierzu (głównie jednak kryminaliście). Wybuchowa mieszanka atmosfery i bohaterów rodem z kryminałów Chandlera w scenerii świata z XXVI wieku, polana cyberpunkowym sosem błyskawicznie wywołała zachwyty czytelników. Druga część, "Upadłe anioły", również znakomita, ostudziła jednak zapał sporej części z nich do twórczości Morgana, a niesłusznie. Bo prezentując wysoki poziom, opowiadała ciekawą historię z bohaterem, który nic nie stracił ze swego specyficznego uroku. W powszechnej opinii w miarę zwiększania się objętości cykli książkowych ich jakość systematycznie spada. Cóż, jeśli ktoś nadal w to wierzy, pora przewartościować swoje przekonania, albowiem powiadam wam - "Woken Furies" (polski tytuł brzmieć będzie "Zbudzone Furie") czyli najnowszy Kovacs to prawdopodobnie najlepsza część ze wszystkich.

Takeshi Kovacs powrócił na swoją ojczystą planetę, Świat Harlana, być może po to by odpocząć jednak uczucie, które nie daje o sobie zapomnieć i śmierć ważnej dla niego osoby wywołują w nim nieopisaną wściekłość i nakazują wyruszyć na prywatną wendetę. A Kovacs, były Emisariusz Narodów Zjednoczonych, czyli jeden z najbardziej zabójczych wojowników wytrenowanych przez człowieka, to wróg którego należy za wszelką cenę unikać, zwłaszcza jak religia zakazuje ponownego wykorzystania stosu korowego z zapisaną osobowością człowieka. Celem Takeshiego są hierarchowie jednego z kościołów zdobywających rosnącą popularność na Świecie Harlana. Przedstawiciele religii, która poglądami na rolę kobiety zbliżona jest do skrajnych fundamentalistów muzułmańskich, religii akceptującej służalczą rolę kobiety i pozwalającej na ich uśmiercanie według uznania mężczyzny.

Całość jednak zaczyna się od przebudzenia Kovacsa po.... dwustu latach, a już pierwszy rozdział nie wydaje się współgrać z prologiem. Ale spokojnie, wszystko wyjaśni się później. Podczas polowania na kapłanów, Takeshiemu przydarza się wybawienie z opresji pewnej kobiety i odtąd zaczyna się jazda. Okazuje się, że Sylvie może być kimś więcej niż osobą za jaką się podaje, choć rozszyfrowanie zagadki jej tożsamości będzie skomplikowane. Jakby tego było mało, Kovacsovi po piętach depcze najmniej spodziewany przeciwnik...

Mniej w tej książce akcji niż w poprzednich, więcej gadżetów technicznych, co może być na początku męczące, a i Kovacs nie jest już do końca taki sam. Takeshi się zmienia i choć dalej jest cynikiem, którego życie pozbawiło złudzeń, to jednak te same doświadczenia z przeszłości i obecne wydarzenia stopniowo go odmieniają. Kovacs staje w konflikcie z samym sobą (i to na kilka sposobów, zarówno fizycznie, jak i psychicznie), z własnym środowiskiem z czasów młodości i późniejszej służby wojskowej a także z rządzącymi planetą możnowładcami i organizacjami przestępczymi. Jak Funky Koval sam przeciw wszystkim. Chcąc nie chcąc uczestniczy w zdarzeniach, które mogą się przyczynić do powtórnej rewolty quellistów. W porównaniu do poprzednich powieści, Kovacs nabiera skrupułów i wydaje się dojrzewać, z dystansem patrzy na plany wprowadzenia w życie pomysłów Quellcristy, a jednocześnie siłą rzeczy musi niejako przy okazji uczestniczyć w ich realizacji. Kovacs jest tutaj bardziej ludzki, a kiedy wyjawia powód swojej krucjaty przeciwko kapłanom, akceptuję go bez wahania.

Na pewno zakończenie jest najlepsze z dotychczasowych i otwiera ogromne możliwości kontynuacji, ale jak zapowiedział sam autor, to prawdopodobnie ostatnia cześć perypetii Takeshiego Kovacsa. Szkoda cholera, bardzo szkoda, bo aż prosi się o kontynuacje. Z drugiej jednak strony Morgan chyba boi się casusu nieudanych kontynuacji "Gateway" Pohla. Może i dobrze, bo lepiej zakończyć na takim poziomie. Jak tylko wyjdzie polskie tłumaczenie muszę je natychmiast nabyć, bo bez wątpienia sporo mi umknęło podczas lektury oryginału, a wtedy jeszcze raz przeczytam sobie całą trylogię.


Ocena: 9/10


Status książki:
Pożyczona

Strony do odwiedzenia:

Strona autora (bardzo skromna)

sobota, 12 listopada 2005
#48

Kiedyś polecono mi "Aristoi" Waltera Williamsa. W zasadzie ciężko ostatnimi laty trafić na naprawdę oryginalne science fiction, więc skusiłem się. Fakt, "Aristoi" ma już chyba około 10 lat i o oryginalność w przypadku tej konkretnej lektury można się długo spierać, bo ogranych motywów jest tu sporo. Mimo to, jest to ciekawa lektura.

Gdyby przyjąć, że rozmiar uniwersum w którym się poruszają bohaterowie, przyporządkowuje powieść gatunkowo do space opery, to pewnie można by się z tym zgodzić. Tyle, że więcej w książce cyberpunku, bo aristoi ze wszystkimi swoimi daimonami to w zasadzie jakieś wirtualne byty... itd., itp. Książka to gatunkowy miszmasz, ale wychodzi jej to na dobre.

Akcja powieści toczy się w odległej, ale to bardzo odległej przyszłości. Setki, a może i tysiące lat wcześniej Ziemia uległa zagładzie, a ludzkość rozproszyła się po wszechświecie. Co więcej, ewolucja doprowadziła do wykształcenia kasty swoistych nadludzi, aristosów, którzy poprzez szkolenie osiągają wyższy stopień świadomości, a po zdaniu odpowiednich egzaminów uzyskują władzę nad nanotechnologią. I to dzięki niej mają dążyć do zapewnienia ludzkości szczęścia i wiecznego pokoju. Stają się udzielnymi władcami w przyznanych im domenach, a poprzez dostępne narzędzia jak nanotechnologia, zdolni są tworzyć całe światy. Brzmi pięknie, tylko że pewnego dnia ginie jeden ze współczesnych bogów i okazuje się, że gdzieś we wszechświecie znajduje się aristos, który postepuje wbrew wpojonym zasadom powszechnej szczęśliwości i zaczyna realizować swoje chore wizje... Spośród wszystkich aristoi tylko jeden, Gabriel ma pewność, że śmierć aristosa nie była przypadkiem i wyrusza by powstrzymać szaleńca.

Fabuła raczej nie prezentuje najwyższych lotów, a tożsamości tajemniczego czarnego charakteru można się domyślić na długo przed wyjawieniem tajemnicy. Istotne jest całe tło, ze wszystkimi gadżetami, wizją świata, a nawet z zapożyczeniami z "Diuny", czy "Trudno być bogiem", bo akurat autorowi udało się stworzyć coś interesującego i wciągającego. A na dodatek zakończenie historii nie jest do końca jednoznaczne, zwłaszcza w kontekście decyzji bohatera. Ciekawe było śledzenie stosunku jaki główny bohater odbywał jednocześnie w wirtualu i rzeczywistości, łacznie z graficznym sposobem prezentacji, jakim posłużył się autor. Generalnie jednak, ktoś kto nie przepada za science fiction, spokojnie może sobie lekturę odpuścić, bo mimo wszystko jest to dość hermetyczna książka. Do rzeczy, które mnie irytowały było nierealne dla mnie założenie leżące u podstaw fabuły, że czarna owca w stadzie arostoi pojawia się tak późno. Jak wiadomo nie od dziś, władza absolutna, a taką posiadają arostoi, korumpuje absolutnie. No i na dodatek egzemplarz, który czytałem miała jakiś wydawniczy feler, bo kilkakrotnie zdarzyły się fragmenty żywcem wyrwane z innego tekstu.


Ocena: 7/10

Status książki: Pożyczona

Strona o autorze (w j. angielskim)

niedziela, 30 października 2005
#47

Odkąd pamiętam, Daniel Passent był jednym z moich ulubionych autorów „Polityki”. Zdecydowanie nie na tym poziomie Geniuszu co chociażby Waldorff czy Kałużyński, ale zawsze ceniłem sobie jego inteligentne i złośliwe felietony. Kiedy więc Passent poszedł w ambasadory, zabrakło, przynajmniej oficjalnie, jego nazwiska na cotygodniowej liście autorów, a w zamian dostałem fatalnego Zanussiego. Dobrze chociaż, że teraz trafiła w moje ręce mega dawka Passenta w postaci napisanej pod koniec jego kadencji „Choroby dyplomatycznej”.


Cóż, wybitna książka to nie jest, ale chyba też nie takiej oczekiwałem. Wiele razy przebijało się na jej stronach to co lubię u Passenta najbardziej, czyli inteligentna złośliwość. Naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego publicysta "Rzeczpospolitej", Maciej Rybiński, tak okropnie skrytykował "Chorobę...". Zdaje się, że dało o sobie znać to co sam Passent opisywał, np. w odniesieniu do reakcji niektórych środowisk na jego kandydaturę jako ambasadora RP w Chile. Niechęć, a może wręcz nienawiść, dyktowana jakimś irracjonalnym uprzedzeniem.


Parę osób po lekturze książki znienawidzi Passenta jeszcze bardziej, kilku pewnie zacznie go co najmniej nie zauważać, ale biorąc pod uwagę to co o paru osobach napisał, taka reakcja nie byłaby niczym dziwnym. Powstaje pytanie na ile stosowne są takie wyznania ze strony było nie było, byłego dyplomaty i to zwłaszcza zaraz po zakończeniu przez niego pełnienia misji dyplomatycznej. Jeżeli o mnie chodzi, to chyba jest to jedyny zarzut, jaki mogę mieć do autora. No bo nawet opisywana gnida, wciąż pozostanie gnidą opisywaną przez ambasadora, w stosunku do którego powinny obowiązywać inne, bardziej wyśrubowane kanony zachowania. Nie mogę czynić Passentowi zarzutu niesprawiedliwego potraktowania całej opcji politycznej, do której mówiąc oględnie jest mu daleko, bo tylko wybrane osoby zjadliwie opisywał, a na dodatek mam wrażenie, że dokładnie tak jak musiały się na końcu świata prezentować (cóż, taka pani marszałek Grześkowiak i tak została jak na mój gust potraktowana wyjątkowo łagodnie). Z atencją wyrażał się autor np. o Jerzym Buzku, a i młody Radek Sikorski choć lekko wykpiony, jest przez Passenta szanowany.


Podczas lektury szlag mnie trafiał na nieudolność (mam nadzieję, że nie celową) urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Kancelarii Prezydenta i w ogóle polskich służb dyplomatycznych, ale cóż, jaki kraj, takie służby. Najbradziej fascynujące na pewno byłoby to czego akurat były ambasador nie mógł napisać, ale chyba nie oczekiwałem niczego podobnego.


Książka raczej dla fanów Passenta, choć odrobinę o historii Chile, a zwłaszcza o trudnych ostatnich trzydziestu latach można się z niej dowiedzieć, gdyż na szczęście autor nie koncentrował się tylko i wyłącznie na blaskach i cieniach służby dyplomatycznej RP.



Ocena: 6/10


Status książki:
Pożyczona

niedziela, 23 października 2005
#46

Po prostu nie mogłem się oprzeć. Wkoło słychać tylko zachwyty nad najnowszą książką Jarosława Grzędowicza "Pan Lodowego Ogrodu", więc przy okazji najnowszych zakupów do koszyka wrzuciłem ją i ja.


Warto było. Dotychczasowa proza Grzędowicza, czyli okazjonalne podczytywane opowiadania, których tytułów nawet nie pamiętam, mnie nie przekonywała. Troszeczkę zaryzykowałem inwestując w "Pana Lodowego Ogrodu"... i jestem zachwycony.

Sam opis z okładki nasuwać może skojarzenie z "Trudno być bogiem" Strugackich, bo oto ludzkość trafiła na ślad inteligentnej cywilizacji w galaktyce. Na odległą planetę wysłana zostaje ekspedycja obserwatorów, których zadaniem jest poznać obcą społeczność, jednak bez jakiejkolwiek ingerencji w jej funkcjonowanie. Tymczasem coś się stało i Ziemia traci kontakt z ekpią badawczą. Po dwóch latach od wysłania ekspedycji, na Midgaard wyrusza skromna ekipa ratunkowa w osobie Vuko Drakkainena. Problem jednak w tym, że na Midgaardzie wszelkie zaawansowane technologie zawodzą. Żadna elektronika nie działa. Dlatego też do pomocy wytworzono specjalne układy bioniczne, wzmacniające możliwości ludzkiego ciała. W zasadzie tu kończy się science-fiction, a zaczyna fantasy (chociaż może nie do końca).

Niezwykle klimatyczna książka. Drakkainen ląduje na Midgaardzie i od razu trafia w sam środek przerażających zdarzeń, a ja wraz z nim. Obca cywilizacja, obca kultura, obce zasady, inna moralność, a do tego Groza. Tajemnicze zjawiska niosą śmierć, a Zło czai się w ciemnościach. I dopóki śledzić będę losy Vuko, dopóty czające się gdzieś z tyłu głowy przerażenie będzie mi towarzyszyć. I to jest chyba najlepsze, bo o ile do tej pory jakoś nigdy nie byłem zainteresowany grozą, to teraz po prostu mroczny nastrój mną zawładnął. W ogóle nie mogłem się oderwać od lektury, a sposób pisania Grzędowicza był wręcz magnetyzujący. Tekst mnie przyciągał, hipnotyzował i za żadne skarby nie mogę dojść dlaczego. Przecież Grzędowicz nie stosował jakiegoś wymyślnego języka, fantastycznych konstrukcji. I może właśnie dlatego. Prostym językiem wytworzył niewiarygodny nastrój, któremu po prostu trzeba się poddać.

Język zadecydował o wszystkim. Jest niezwykle plastyczny, mistrzowski, a każde słowo.... no jakby po prostu nie było dla niego innego miejsca. Jest dokładnie tam, gdzie wywiera najlepsze wrażenie, a kiedy Grzędowicz zmienia styl narracji dopasowując go do osoby, przejście jest niezwykle płynne i jakość prozy nic nie traci, choć zmienia się całkowicie sposób postrzegania czytelnika.

Jednego tylko autorowi nie mogę wybaczyć, tj. zwieńczenia pierwszego tomu. Nie chodzi o to, że jest nieudane - jest wprost przeciwnie. To modelowy przykład najbardziej znienawidzonego przez czytelników cliffhangera zakończonego w najgorszym z możliwych momentów, kiedy chciałoby się chłonąć więcej i więcej. A tu nagle chce się krzyczeć MAŁO!...

Nie wiem jakim cudem taka perełka wydana została przez Fabrykę Słów, ale dla tego wydawnictwa to wielka szansa, której dobrze by było nie zmarnować. Niemniej jednak jestem wściekły, że nie mam możliwości natychmiastowej kontynuacji lektury dalszego ciągu. Dla miłośników znakomitej prozy, to lektura obowiązkowa!

Ocena: 9/10

Status książki: Własna


poniedziałek, 17 października 2005
#45

Kolejna przyjemna lekturka ze stajni Runy.

Wydaje mi się, że w takich przypadkach jak ten, podejście do lektury determinuje ocenę całości. Ponieważ sam traktowałem książkę jako lekturę czysto rozrywkową, mogę z uczciwością napisać, że się nie zawiodłem. Co więcej, uważam że jak na książkowy debiut, jest to pozycja bardzo dobra, choć oczywiście nie jest też pozbawiona wad.

I tak oto trafiamy do Ocalonej Krainy, państwa jako żywo przypominającego zarówno kulturą jak i wiarą, kraje arabskie. W jego stolicy, Tel`Halik nadchodzi czas wielkich przemian. Osiemnasty prorok odchodzi wezwany przez niebiosa, a jego stronnicy na kilka dni przed ceremonią odejścia zaczynają ginąć. Śledztwo zostaje powierzone młodemu wyróżniającemu się członkowi elitarnej formacji Świętych Jeźdźców podległych miejscowemu świeckiemu władcy. Tym sposobem, zdolny potomek znaczącego rodu wpada na trop intrygi, która wstrząśnie nie tylko miastem i państwem, ale i nim samym i prawdą o jego pochodzeniu.

Ta książka to dobry przykład tego, co lubię w debiutach Runy. Solidna praca z autorem i dopracowanie tekstu, przynajmniej jeżeli chodzi o warsztat. Jest jasne, że nie jest to literatura przez "L", ale też nie taką rolę ma pełnić, aczkolwiek autorowi udało się wtrącić swoje dwa grosze na temat fanatyzmu. W zasadzie konstrukcja książki oparta jest o problem fanatyzmu religijnego. Można się doszukiwać prostych analogii pomiędzy światem przedstawionym w książce, a np. realiami życia w Afganistanie za panowania talibów, ale to byłoby zbyt prostackie. Czerpiąc z naszego świata, a zwłaszcza z kultury bliskowschodniej, autor wykreował swój własny, ciekawy świat. Co ważniejsze, nie odkrył wszystkich kart i tym bardziej interesujące dla mnie jest oczekiwanie na kolejną część.

Prawdopodobnie dało o sobie znać doświadczenie autora z gier RPG, gdyż akcja powieści toczy się wartko, a co ważniejsze, akcja jest wciągająca. Z przyjemnością i niecierpliwością zarazem czytałem o śledztwie Kashima. Lubię polityczne intrygi, a tych tu nie brakuje, więc moja uwaga była rzeczywiście przyciągnięta. Tak naprawdę drażniła mnie tylko jedna rzecz - konstrukcja postaci głównego bohatera. Jest to typowy bohater fantasy, który kryje w sobie tajemnicę własnego pochodzenia i dysponuje nadzwyczajnymi mocami. Rzeczywiście mogłoby to być dla mnie bardziej irytujące, gdyby nie równoważyła tego dobra akcja.

Książka była na tyle ciekawa, że czekam na dalszy ciąg, który zgodnie z zapowiedziami autora ukaże się już wkrótce.


Ocena: 7/10

Status książki: Własna

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5